Let’s travel together.

Zjawiska paranormalne z opowieści lekarzy i pielęgniarek

Szpitale czy Domy Spokojnej Starości, to miejsca, w których prawie każdego dnia umierają ludzie. Szereg pielęgniarek, opiekunów czy lekarzy przywykł do śmierci, która jest nieodłącznym elementem ich pracy. Są jednak rzeczy, których nikt z personelu medycznego, nie potrafi racjonalnie wytłumaczyć. Oto prawdziwe historie ludzi, którzy stanęli oko w oko z niewytłumaczalnym.

 

 

  • „Pewien alfons podpalił jedną z dziewczyn pracującą w jego agencji. Zajęta ogniem kobieta, przylgnęła do swojego oprawcy całym ciałem, powodując, że oboje doznali poważnych obrażeń. Jej niestety były gorsze, ponieważ obejmowały oparzenia inhalacyjne. Oboje zostali przewiezieni na oddział oparzeniowy tego samego szpitala, ale umieszczono ich na dwóch jego końcach. Niestety kilkudniowa walka o życie dziewczyny, zakończyła się niepowodzeniem. Po upływie około 30 minut od jej śmierci z sali mężczyzny, który ją podpalił zaczęły dobiegać krzyki. Kiedy wszedłem do środka, na jego twarzy malowało się przerażenie: „Doktorze błagam!!! Wyprowadź tę cholerną s**ę z mojego pokoju” – Wykrzyczał”

 

  •  „Jest na to prawdopodobnie jakieś medyczne wytłumaczenie, ale wciąż jest to  najdziwniejsza rzecz, jaką widziałam podczas mojej kilkunastoletniej pracy na etacie pielęgniarki. Na naszym oddziale umieszczono starszą, bardzo krzepką kobietę. Jej sala znajdowała się naprzeciwko dyżurki, więc mogłyśmy mieć ją cały czas na oku. Jedna z naszych pielęgniarek, pomagała także jako opiekunka. Gdy szła do sali starszej pani, ta zawsze walczyła: kopała, gryzła, próbowała wstać z łóżka. Mimo, iż była u schyłku życia, była bardzo niespokojną i wzburzoną pacjentką.  Pewnego dnia wezwano nas do niej na salę ponieważ spadało tętno, a ona leżała nieruchomo z otwartymi oczami. Monitor pokazywał 30… 20… potem kreska. Sprawdziłyśmy puls, jednak był niewyczuwalny. Z uwagi na to, że pacjentka była DNR (zakaz reanimacji), nie podjęliśmy prób ratujących życie. Jedyne co mogłyśmy zrobić to zamknąć jej oczy, wykonać toaletę pośmiertną i zawiadomić rodzinę. Udałyśmy się do dyżurki by skompletować dokumentację, a ze zmarłą została opiekunka. Niecałe 10 minut później wpadła do dyżurki, informując nas, że pacjentka żyje!!! I rzeczywiście, starsza pani znowu biła, kopała i próbowała wstać z łóżka. Kilka dni później została wypisana do domu..”

 

  • „Pracuję w małym rodzinnym domu opieki od 6 lat jako pomoc pielęgniarska. Moje miejsce pracy było wcześniej sierocińcem, w którym działy się okrutne życie. Wiem, że nie były to plotki, ponieważ o zaniedbaniach jakie miały tam miejsce, opowiadała nam sama właścicielka. Gdy nasi podopieczni zbliżają się do śmierci, zawsze widzą małą dziewczynkę. Jednego z nich zapamiętałem bardzo dobrze. Był to starszy dżentelmen z niezwykłą jak na swój wiek pamięcią: Znał imiona wszystkich pensjonariuszy jak i członków personelu. Pewnego dnia kiedy roznosiłem obiad, zauważyłem, że stoi odwrócony plecami i z kimś rozmawia. Kiedy zapytałem co się dzieje, on zachichotał i powiedział: „Ta mała dziewczynka weszła do mojego pokoju, była przestraszona”. Zmarł 3 dni później. Od tamtej pory minęło 6 miesięcy kiedy inny pacjent krzyczał,  że dziewczynka łapie go za stopy i prosił by zostawiła go w spokoju. Zmarł tej samej nocy. Dziewczynka przychodzi nadal i zawsze zwiastuje śmierć. „

 

  • „Odkąd zacząłem pracę w szpitalu pediatrycznym zawsze słyszałem, że czwarte piętro- skrzydło mieszczące się obok naszego oddziału onkologicznego jest nawiedzone. Pracowałem normalnym systemem czyli trzy dwunastki w tygodniu, ale często brałem nadgodziny na nocnej zmianie. Oddział onkologiczny miał klatkę schodową prowadzącą na skróty do kafeterii znajdującej się na drugim piętrze. Około 3:00 w nocy byłem gotowy na krótką przerwę i zapragnąłem napić się kawy ze stołówki, więc zdecydowałem się wejść po schodach. Przeszedłem przez automatyczne, dwuskrzydłowe drzwi i zobaczyłem dzieciaka, który biegał po korytarzu. Zawołałem go, bo bałem się, że małe dziecko wymknęło się z sali chorych. Gdy tylko go zawołałem, odwrócił się i w mgnieniu oka całkowicie zniknął. Wiele innych pielęgniarek i lekarzy widziało tego samego małego chłopca, skaczącego po tym samym korytarzu. Oczywiście przypisałem to po prostu wyczerpaniu i nie myślałem o tym zbyt wiele, ale nigdy więcej nie schodziłem po kawę schodami. Wybrałem windę.”

 

  • „Kiedyś pracowałam w domu opieki i chociaż nie wydarzyło się nic zbyt szalonego, z pewnością zdarzały się rzeczy niezwykłe. Pamiętam jak pewnego razu, po śmierci podopiecznego, szykowałam ciało, gdy nagle drzwi do pokoju otworzyły się na oścież, mimo, że były zamknięte. Nikogo tam nie było i przyprawiło mnie to o gęsią skórkę. Zdarzały się także przypadki przesuwania mebli, samoczynnego włączania i wyłączania świateł, a także spłukiwania toalet. Pamiętam również, że pewnego wieczoru jeden z mieszkańców poprosił mnie bym sprawdziła czy dobrze zamknął drzwi do szafy. Zapytałam dlaczego to takie istotne: „Bo kiedy ostatnio zostawiłem je otwarte, ta kobieta cały czas wchodziła i wychodziła z tej szafy. To trwało całą noc i nie mogłem zasnąć”.

 

    • „Kiedy pracowałem w domu pogrzebowym, usłyszałem historię o zmarłej starszej pani. Mąż powiedział, że chciał, aby została pochowana razem z pierścionkiem, ponieważ nigdy go nie zdejmowała. Mój współpracownik był w kostnicy i mył ciało. Zdjął na chwilę pierścionek by sprawdzić czy ma grawer i dokładnie opisać go w dokumentacji. Gdy tylko to zrobił, przez pomieszczenie przeleciała styropianowa główka, której pracownicy używali do stylizacji peruk. Wtedy powiedział głośno: „W porządku, w porządku. Założę z powrotem twój pierścionek ”– Więcej nie było już żadnych zakłóceń.”

 

  • „Jestem pielęgniarką psychiatryczną. Na początku swojej kariery pracowałam w stacjonarnym ośrodku zdrowia psychicznego. Był tam mieszkaniec, który nie mówił. Czy nie mówił bo nie chciał, czy nie mówił bo nie mógł mówić, tego nie wiadomo, bo nigdy nie ustalono dlaczego. Wcześniej w swoim życiu mówił i wydawał się całkiem normalny. W wieku 19 lat wstąpił do wojska. Po obozie treningowym stacjonował gdzieś na południu. Pewnej nocy po prostu zniknął i przez lata uznawano go za dezertera, aż w końcu za zaginionego i martwego. Dziesięć lat później mężczyzna wszedł do szpitala w którym pracuję i powiedział do recepcjonistki: „Nazywam się Marion Duchene i nie żyję od dziesięciu lat”. To były ostatnie słowa, jakie wypowiedział. Był pokryty kurzem i miał na sobie to samo ubranie, które podobno miał na sobie tej nocy, kiedy zniknął. Jego numer ubezpieczenia społecznego nie był używany i nie miał przy sobie żadnego dokumentu tożsamości. Jednak udało im się go zidentyfikować, myślę, że na podstawie odcisków palców. Był dobrze odżywiony i zdrowy, z wyjątkiem odmowy mówienia. Jego rodzina została poinformowana, ale nie uwierzyli i poprosili aby się więcej z nimi nie kontaktować. Marion całymi dniami chodził po korytarzach i ogrodzie.  Cały czas się uśmiechał i poruszał ustami w sposób wskazujący na mówienie lub mamrotanie, ale był śmiertelnie cichy. Miał niepokojący zwyczaj odrzucania głowy do tyłu z szeroko otwartymi ustami, jakby śmiał się serdecznie, ale nie było słychać nawet jego oddechu. Gdyby kazano mu iść do jadalni na posiłek, szedł i jadł. Ale jeśli nikt mu nie powiedział, po prostu chodził, nie wskazując na głód. Gdyby zaproponowano mu papierosa, zapaliłby go w dziwnie formalny sposób, prawie delikatnie, jeśli to ma sens. Ale on nigdy nie miał ochoty na palenie. Mężczyzna niczego nie chciał. Gdy z nim rozmawiałam, wydawał się słuchać, od czasu do czasu odrzucając głowę w ten swój sposób naśladujący śmiech. Dla tego mężczyzny nie dało się już nic zrobić. Próbowano różnych leków, ale nie wpływały one na niego ani pozytywnie ani negatywnie. Terapia zajęciowa także nic nie dała, ponieważ Marion tylko się uśmiechał. Mojego ostatniego dnia w tej pracy, ostatnią rzeczą jaką widziałam był Marion spacerujący po parkingu i odrzucający głowę do „śmiechu”. Później zastanawiałam się, czy przez cały czas miałam do czynienia z duchem. Po tych wszystkich latach, nadal nie wiem.”

 

  • „Na oddziale na którym kiedyś pracowałam, została przyjęta pacjentka po udarze, która przedstawiała się jako medium. Trochę się z niej podśmiewałyśmy, ale do czasu. Pewnego wieczoru nacisnęła dzwonek wzywający pielęgniarkę i powiedziała nam abyśmy poszły na salę obok, ponieważ leży na niej martwy pacjent. Po chwili okazało się, że nasza medium miała rację. Kiedy zapytałyśmy skąd to wiedziała, powiedziała, że widziała go przechodzącego przez ścianę. Uświadomiła sobie, że umarł po czym wyjaśniła mu co się stało i pomogła przeprowadzić go na drugą stronę.”

Autor, Dorota Ortakci.

 

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.